Czarna ospa w Wieruszowie

ToruńskiLato 1963 r. było upalne i wyjątkowo dramatyczne dla Wrocławia. Epidemia ospy prawdziwej (Variola Vera) zwanej również czarną ospą, przez 47 dni spowodowała paraliż miasta.

 

 

 

 

 

22 maja 1963 r. przybywa do Wrocławia po pobycie w Indiach oficer służb specjalnych Bonifacy J., po kilku dniach zapada na dziwną chorobę i 3 czerwca zgłasza się na badania do szpitala MSW przy ulicy Ołbińskiej. Lekarze tego szpitala nie byli w stanie zdiagnozować tej choroby i w wyniku konsultacji z Zakładem Medycyny Tropikalnej w Gdańsku ustalono, że to malaria. W efekcie dłuższego leczenia pacjent został wyleczony.
Jednak na taką „dziwną” chorobę zapada salowa sprzątająca izolatkę tego pacjenta, następnie jej córka – pielęgniarka, ale z innego szpitala i jej syn oraz lekarz (pielęgniarka zmarła).
Było  już wiadomo – to ospa prawdziwa, i 15 lipca ogłoszono alarm epidemiologiczny dla Wrocławia. Ogółem zdiagnozowano ospę u 99 osób z czego 7 osób zmarło. W izolatorach umieszczono ponad 900 osób.
Trzy osoby, u których rozpoznano ospę pochodziły z innych miejscowości,  z Opola, Gdańska i Wieruszowa.
W tym czasie byłem zastępcą kierownika Wydziału Zdrowia i Opieki Społecznej Powiatowej Rady Narodowej w Wieruszowie. Mój szef – kierownik wydziału, lekarz stomatolog Orest Wysociński był na urlopie, a cała odpowiedzialność za funkcjonowanie służby zdrowia na terenie powiatu spadła na mnie (rzecz jasna, za poszczególne placówki odpowiadali ich kierownicy).
Od jakiegoś momentu (prawdopodobnie po 17 lipca) zaczęły napływać pisma z Ministerstwa i Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia w Łodzi o samej istocie ospy, ale również o potrzebie pewnych przygotowań organizacyjnych na wypadek pojawienia się zachorowań. Było też pismo ustalające, że konsultantem do spraw ospy jest lekarz – i tu nazwisko – kierownika stacji sanitarno-epidemiologicznej w Wieluniu. Pismo przetrzymałem dwa, może trzy dni, ale sprawa ta zaczęła mnie niepokoić. Umówiłem się telefonicznie z panem doktorem – na sobotę (nie było wolnych sobót) i wyjechałem do Wielunia. Już właściwie minąłem szpital, ale poleciłem kierowcy zatrzymanie się. Wchodząc do szpitala a z góry schodził dyrektor szpitala doktor  Kazimierz Mrozowski i jeszcze na schodach mówi do mnie:
– Panie Eugeniuszu, dobrze, że pana widzę, jest ważna sprawa, zapraszam do siebie.
Witamy się przez podanie dłoni i ja już mówię, że jadę do Wielunia od konsultanta.
Wchodzimy do gabinetu dyrektora (bardzo maleńkie pomieszczenie, pierwsze drzwi po prawej stronie), pan doktor myje ręce przy niewielkiej umywalce i opowiada o sytuacji:
– Mam na oddziale pacjenta, od którego właśnie przychodzę, prawdopodobnie, jak na moje oko, jest to ospa. Ona leżała we Wrocławiu właśnie w tym szpitalu MSW, wypisała się na własną prośbę, przyjechała na Podzamcze i od trzech dni jest na oddziale.
Rozmowa króciutka, kończy się dwoma stwierdzeniami; moim: „To ja jadę do Wielunia” i doktora Mrozowskiego: „A ja dzwonię do tego konsulatu”.
Wjeżdżam na teren stacji sanitarno-epidemiologicznej, idę do drzwi wejściowych – zamknięte. Pukam, dzwonię, wreszcie otwiera się okno nad drzwiami i jakaś pani pyta:
Pan z Wieruszowa?
Odpowiadam, że tak; mam poczekać, lekarz zaraz przyjdzie.
Natychmiast dotarło do mnie: ja już jestem niebezpieczny?
Przyszedł lekarz – młody, sympatyczny mężczyzna. On już wszystko wiedział.
Wprowadzam pana doktora do szpitala, przedstawiam dyrektorowi i obaj panowie poszli na oddział do pacjentki. Poczekałem dłuższą chwilę w gabinecie dyrektora, panowie przejęci dyskusją, czy już informować wojewódzkie instytucje epidemiologiczne. Po wymianie wielu uwag, jest decyzja: to jest ospa prawdziwa, przekazujemy wiadomość zgodnie z ustaleniami w takiej sytuacji.
W tym momencie doszedłem do wniosku, że jestem zbędny, pozostawiłem samochód do dyspozycji konsulatu i poszedłem do domu.
I tu moja wiedza się kończy. Aby poznać jednak szczegóły działania służb medycznych i sanitarnych rozmawiałem ze starszym felczerem medycyny panem Lucjanem Gajem. Jest on posiadaczem dokładnej wiedzy na temat tej sytuacji i podziwiam jego doskonałą pamięć, pomimo, że od tych zdarzeń minęło już 51lat.
Pan Gaj nie pamięta tej daty, ale był to koniec lipca, natomiast dokładnie pamięta dni tygodnia. We wtorek miał dyżur w Pogotowiu Ratunkowym (ulica Wieluńska, róg Kopernika) i pojechał do chorej na Podzamczu (Podzamcze było samodzielną jednostką administracyjną) na ulicę Kuźnicką. Dokładnie kojarzy stan zdrowia pacjentki, którą badał gołymi rękoma (rękawice gumowe, ochronne nie były powszechnie dostępne). Skarżyła się na bóle brzucha – pamięta diagnozę oraz gorączkę) – i tu pełne  zaskoczenie 37,8 stopni. Zdecydował zabrać chorą do szpitala, gdzie po zbadaniu przez doktora diagnoza została potwierdzona, ustalono leki i zawieziono do domu.
Następnego dnia (środa) ponowne wezwanie pogotowia, ale pomimo w zasadzie takich samych dolegliwości, zdecydowano o umieszczeniu na oddziale. Stan zdrowia pacjenta pogarszał się i pojawiły się objawy typowe dla ospy. Wysoka temperatura – do 40 stopni Celsjusza. Wysypka plamista pęcherzykowata, grudkowa, o zabarwieniu czerwonym przechodzącym w czerń, ogólne osłabienie, ciężki stan ogólny. Dlatego ta decyzja o wezwaniu konsultanta. To, co teraz napiszę zakrawa na dowcip. Pan doktor konsultant poszedł na oddział do chorej i nawet bez rękawic (a pogotowie dysponowało specjalnym kombinezonem) dokładnie zbadał chorą. Po tym badaniu i  przekazaniu odpowiednich informacji o potwierdzeniu ospy prawdziwej pojechał do Wielunia  i przez parę dni normalnie pracował, mając niezliczoną ilość kontaktów. Od momentu stwierdzenia ospy, szpital został zamknięty i automatycznie stał się izolatorium.
Służby sanitaryjno – epidemiologiczne przystępują od razu do działania. Ustalane są osoby z pierwszego kontaktu.
Chora na ospę zostaje przeniesiona na specjalistyczny oddział szpitala w Radomsku, i tam umiera.
Mój rozmówca dostaje informację o obowiązku zgłaszania się w szpitalu i przybywa tam w niedzielę w godzinach popołudniowych.  Kolejne izolatorium powstaje w trybie pilnym w Szkole w Czastarach. Tam były kolonie letnie dla dzieci z Łodzi. Likwidacja kolonii, dzieci odesłane do domu. Pozostało wyposażenie; łóżka, szafy, szafki, zaplecza kuchenne. Pozostawiono również kucharki (też z Łodzi). Na łóżkach zmieniono pościel i już w nocy z niedzieli na poniedziałek to izolatorium zaczęło przyjmować pacjentów: część personelu ze szpitala, pacjentów (głównie oddział męski z parteru) niektórzy pracownicy Pogotowia, rodziny, sąsiedzi, którzy odwiedzali chorą w domu. Tam też zostaje przeniesiony około godziny 23:00 Lucjan Gaj, który obejmuje kierownictwo tego izolatorium. Dzięki jego zdecydowanej postawie przyjścia ograniczyły się wyłącznie do osób pierwszego kontaktu, co uniemożliwiło likwidację tej placówki po 14 dniach, czyli po okresie „wyłączenia” się ospy.
W tym izolatorium przebywało około 70 osób. Prowadzone tu było leczenie pacjentów ze szpitala.

Kolejne izolatorium było w szkole Podstawowej w Pieczyskach a kierownikiem był starszy felczer medycyny Feliks Szylberg. Następne izolatorium zorganizowane zostało w Ośrodku Zdrowia z Izbą Porodową w Czastarach. Na temat tego izolatorium rozmawiam z panią Mirosławą Miedzianowską, żoną lekarza Tadeusza Miedzianowskiego, kierownika tego Ośrodka.
Były to pierwsze dni sierpnia. Już byli na urlopie i przygotowywali mieszkanie do malowania. Dzieci wywiezione zostały do rodziny. Któregoś dnia wcześnie rano (na pewno przed godziną ósmą) przyjechałem z kierownikiem Powiatowej Przychodni Obwodowej lekarzem – ginekologiem panem Stefanem Czerniackim z decyzją: urlopy odwołane, w części budynku przeznaczonej na Izby Porodowe powstaje izolatorium dla osób z kontaktu – w zasadzie tego pierwszego – z chorą na ospę. Ośrodek Zdrowia pracuje nadal, ale bez styku z izolatorium. Prawie natychmiast przybywają pacjenci, wśród których jest lekarz – konsultant z sanepidu w Wieluniu. On też zostaje kierownikiem izolatorium. Po kilku dniach Ośrodek zostaje przeniesiony do budynku Urzędu Gminy. A muszę tu dodać, że był to ośrodek o pełnym profilu usług medycznych: lekarz medycyny, dentysta, gabinet zabiegowy, punkt szczepień a nawet laboratorium, w którym pracowała pani Miedzianowska.
-Pewnego dnia – a działo się to wszystko w krótkich odstępach czasu – późnym wieczorem (może raczej w nocy, gdyż było już ciemno) izolatorium w szkole i Ośrodku Zdrowia wizytował Wojewódzki Inspektor Sanitarny wraz ze swoim personelem (wszyscy „w kosmicznych kombinezonach”) i przekazał nam decyzję o konieczności natychmiastowego wyprowadzenia się z tego budynku. Na szczęście przygarnęli nas przyjaciele.
Być może, że taka „ustna” decyzja spowodowana była stwierdzeniem zachorowania na ospę prawdziwą jednej z pacjentek tego izolatorium. Pacjentkę wywieziono do Radomska, została wywieziona.
Następnego dnia po naszym wyprowadzeniu się do akcji wkroczyły służby dezynfekcyjne – nasze mieszkanie zostało dokładnie zlane środkami odkażającymi (meble do renowacji, niektóre przedmioty codziennego użytku do wyrzucenia.)
Izolatorium w Ośrodku Zdrowia i Izby Porodowej  w Czastarach zostało zlikwidowane 4 września 1963roku.
Kolejne izolatorium zostało zorganizowane w budynku Szkoły Podstawowej (obecnie im. J.Korczaka) w Wieruszowie. Było to duże izolatorium dla osób w zasadzie z kontaktu z kontaktów.
Tu byłem świadkiem sprawności działania odpowiednich służb sanitarnych i możliwości magazynów rezerw państwowych. Przyjechały samochody z pełnym wyposażeniem sal szpitalnych, gabinetów lekarskich, pielęgniarskich (są wyjątki sali operacyjnej).
Panował tu mniej zaostrzony reżim sanitarny. Kierownikiem był starszy felczer medycyny Henryk Łuczak. W tym izolatorium miałem możliwość podejmować wiceministra zdrowia od spraw sanitarnych pana Kostrzewę. Helikopterem wylądował na rozległych nieużytkach, tam gdzie jest  teraz gimnazjum nr. 1. i Osiedle Fabryczna. Samochód przewodniczącego Prezydium Powiatowej Rady Narodowej pana Jana Owczarka przywiózł go do Urzędu, gdzie obszerną informację na temat „naszej ” epidemii ospy przedstawił kierownik wydziału zdrowia oraz zastępca przewodniczącego PPRN pan Eliasz Karpacz. On już nie wizytował izolatoriów. Następnie pan minister z gronem osób towarzyszących a przyjechali do izolatorium w szkole, gdzie ja – jako przedstawiciel wydziału zdrowia podejmowałem ich obiadem.

Ogółem na ospę prawdziwą na terenie powiatu zachorowały 3 osoby, z czego jedna zmarła. Wszystkie zachorowania były hospitalizowane w Radomsku na specjalistycznym oddziale tamtejszego szpitala.
Niestety, nie dotarłem do opracowań statystycznych, które podawałyby ilość osób przebywających w izolatoriach. Brak jest również informacji o ilości wykonanych szczepień ochronnych. Masowe szczepienia rozpoczęły się w zasadzie natychmiast po zamknięciu szpitala. Szczepienia te były obowiązkowe dla wszystkich mieszkańców powiatu i należały do wyjątkowych – ludzie zgłaszali się do szczepień bez specjalnych wezwań. Punkty szczepień przy wszystkich ośrodkach zdrowia i placówkach pracowały we wszystkie dni tygodnia również w niedzielę. Sporo szczepień „nie przyjęło się” i trzeba było je ponawiać. Było również sporo komplikacji poszczepiennych (opuchnięcia, gorączka, stany ropne). Pamiętam mężczyznę, który zgłosił się do Wydziału ze skargą na którąś placówkę zdrowia – wygląd lewej ręki był przerażający: rozległa opuchlizna przedramienia aż poza łokieć i na bark z wyraźnym stanem ropnym, w kolorze od czerwieni aż do fioletu. Zainterweniowałem na Pogotowiu Ratunkowym i chory został przewieziony do szpitala.
Na koniec kilka ciekawostek:
Posiłki w izolatoriach były bardzo dobre – pacjentom przysługiwała zdwojona racja żywnościowa. Dobrze odżywiony organizm jest bowiem bardziej odporny na zachorowanie.
Personel pracujący w izolatoriach otrzymał za czas pracy wynagrodzenie w podwojonej wysokości. Do izolatorium w Pieczyskach siłą wtargnęła zakochana kobieta – musiała zostać wpisana na listę pacjentów.
Wszystkie izolatoria poddawane były systematycznej dezynfekcji. Dezynfekowana była również pościel (łóżka w całości). We wszystkich placówkach służby zdrowia klamki do drzwi wejściowych obwiązane były bandażami nasączonymi środkiem dezynfekcyjnym.
Jak pisałem na wstępie było to bardzo upalne lato. Któregoś dnia musiałem odwiedzić wszystkie placówki. W nagrzanym od słońca samochodzie było piekielnie gorąco. Po powrocie do domu przy rozbieraniu się do mycia żona stwierdziła, że ciało ( piersi) mam pokryte czerwonymi plamami. Panika – to ospa! W drodze do pogotowia (a mieszkaliśmy na obecnej ulicy Sportowej) spotkałem kilku znajomych, którzy chcieli się witać przez podanie dłoni –  odmówiłem. Po wejściu do pogotowia stanąłem przy drzwiach informując, że mam ospę. Będący na dyżurze felczer (prawdopodobnie Jerzy Janiczek) zdecydowanym głosem powiedział: „Stój tam – nie ruszaj się!” a sam poszedł do drugiego pokoju. Po chwili dyżurny felczer wszedł ubrany w „skafander kosmiczny”. Zapytał jeszcze o temperaturę i rozpoczął badanie. Czułem, jak mnie dotyka w wielu miejscach, jak dotyk staje się silniejszy, jakby badający chciał coś wyczuć pod palcem. To właśnie silniejsze dotykanie miało ustalić, czy nie wyczuje się tam grudki wielkości ziarnka piasku. Po dokładnym „obmacaniu” widzę, jak skupiona twarz za obudową „hełmu” wypełnia się uśmiechem. Wreszcie „hełm” zostaje zdjęty i pada stwierdzenie:
-no, sensacji nie będzie – to nie ospa. Siostro proszę go nasmarować – i tutaj pada nazwa jakiegoś specyfiku. Głęboki oddech ulgi i tu w Pogotowiu, i tam w domu, gdzie w niepokoju czekała żona i synek.
Następnego lata, w sierpniu 1964 r., Wydział Zdrowia wspólnie z Łódzkim Zarządem Aptek organizował w szkole w Bolesławcu kolonie letnie. Odpowiedzialnym z ramienia Zarządu Aptek był już niemłody Michał Drurii – sympatyczny gawędziarz, który opowiedział mi taką przygodę z czasów ospy. Było to w końcu lipca. Był pilotem wycieczek angielskich turystów i na rogatkach Wieruszowa zostali zatrzymani prze policję. Usłyszał informację o epidemii ospy i pytanie, czy turyści posiadają aktualne świadectwa szczepień. Przetłumaczył tę wiadomość uczestnikom wycieczki, uzyskując jednocześnie informację, że owszem, byli szczepieni, ale w dziecięcym wieku. Kolejna wiadomość – to wszyscy będą musieli pojechać do Przychodni na obowiązkowe szczepienia. Informacja „poszła” do autokaru – było trochę szemrania, ale bez protestów. Pojechali więc do przychodni prowadzeni przez „człowieka na motocyklu”. W przychodni sprawnie zorganizowano wydzielony punkt szczepienia, pan Michał „robił” za sekretarkę medyczną wypisując indywidualne zaświadczenia dla wszystkich angielskich turystów.
I na koniec tych zmagań z ospą jeszcze taka maleńka przygoda techniczna.
Budynek Szkoły Podstawowej w Wieruszowie na potrzeby izolatorium ja przyjmowałem osobiście i też ja miałem obowiązek protokularnego przekazania po likwidacji izolatorium (pierwsze dni września). Personel zatrudniony w izolatorium po wywiezieniu mebli i sprzętu starannie posprzątał wszystkie pomieszczenia, w tym również salę gimnastyczną, nie szczędząc wody do mycia podłogi. Od rana dokonywałem przeglądu pomieszczeń i wchodząc właśnie do sali gimnastycznej natknąłem się na bardzo wyniosłe wybrzuszenie parkietu. Przerażenie! Na szczęście miałem takiego kolegę na wszelkie zmartwienia Józefa Frankowskiego (firma malarska). Wsiadłem do samochodu i w te pędy pojechałem do niego. Był w domu i natychmiast mnie uspokoił – wracaj do szkoły, pootwieraj wszystkie okna i drzwi, a jak parkiet wyschnie powinno „usiąść”. Tak zrobiłem. Starałem się tylko przedłużać prace komisji odbierającej obiekt, aby ten parkiet „siadł”. Jako pierwszy wparowałem do sali gimnastycznej – faktycznie, parkiet „usiadł” i protokół zdawczo-odbiorcy został podpisany.
Dzięki życzliwości moich znajomych, pani Mirosławy Miedzianowskiej i Lucjana Gaja udało mi się przywołać tyle wspomnień, po – przyznacie Państwo tragicznych momentach epidemii ospy prawdziwej w Wieruszowie 1963 r.

 Eugeniusz Toruński

Please follow and like us:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
Subskrybuj
Powiadom o
4 komentarzy
Najnowsze
Najstarsze
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
Ryszard
1 miesiąc temu

To bylo straszne, pamietam do dzis. Majac niespelna 10 lat moja mam pracowala wowczas w wieruszowskim szpitalu i rowniez zostala objeta kwarantanna bylismy przerazeni

jarekbojan
11 lata temu

Bardzo ciekawy artykuł.
Małe sprostowanie- lekarz stomatolog nazywał się Orest Wysoczański

Andrzej Olbromski
11 lata temu

Jestem jedynym mieszkańcem Wieruszowa który w lipcu 1963 r
bedąc mieszkańcem Wrocławia na codzień spotykałem śię
z trudnościami jakie były ogłoszone z epidemią czarnej ospy.
Pierwszym zarzadzeniem władz miasta było zamknięcie miasta
/niewolno było wjezdzać ani wyjezdzać z Wrocławia/.Obowiązkowe
szczepienia,utworzono dwa ośrodki zamkniete dla chorych i
i osób które stykały się z chorymi w Szczodrym i na Psim Polu.
Bedąc pracownikiem ZZ Archimedes z naszego zakładu kilkunastu
pracowników musiało przejść kwarantane w w/w ośrodkach.
Andrzej Olbromski