W zeszycie III, wydanym w marcu 1916 r. — Stare cechy rzemieślnicze (z rysunkami autora) Józef Smoliński
Strona pierwsza zeszytu III, opublikowanego w marzec 1916 r., fot. Autor
opisał historię od czasu ich wzorca — stowarzyszenia rzemieślników powstałego w państwie Rzymskim jako – „Collegia opificum”, aż do początku ubiegłego stulecia. Autor w opisie sięgnął do głębin podstaw historii cechów rzemieślniczych. Starannie zebrany materiał ułożył chronologicznie i opisał. W treści zamieszczając swoje spostrzeżenia, co do funkcjonowania ich w poszczególnych okresach z naciskiem na stosunek władców do tej grupy społecznej, podkreślając ich zasługi lub porażki w kształtowaniu podstaw rozwoju gospodarki i kładzenia podwaliny dla zwiększenia rozwoju przemysłu.
Dzisiaj jest jeszcze wiele dzieł stworzonych rękoma rzemieślników — często niedoścignionej doskonałości, której mocą jest trwałość. Czasy się zmieniają, i dzieło ludzkich rąk wygląda inaczej, stosownie do danej epoki. To zrozumiałe, lecz gdzie podziała się rzetelność i jakość wykonania tego co dzisiaj jest tworzone. Tamto przetrwało wieki, dzisiaj często wyrób traci wartość w momencie jego użycia. Zatem prześledźmy historię rzemiosła i twórców tej grupy. Tych, co kiedyś byli podstawą rzetelnej wiedzy i pracy.
,,Początek stowarzyszeń zawodowych ginie w mroku przeszłości, dawniej historja niewiele zajmowała się powstaniem i rozwojem cechów.
Przed wiekami lekceważono jeszcze pracę ręczną wykonywaną w starożytności przeważnie przez niewolników, klasę pogardzaną i praw pozbawioną.
W czasach nowożytnych, a szczególnie obecnie, tak stan mieszczański, jak i rzemieślniczy zainteresowały historyków — badaczy przeszłości i nie jedna rzecz w tym przedmiocie została już wyświetlona lub sprostowana, ale u nas brak jest zebranego materjału rzeczowego, który rozproszony na obszarach daw. Rzp. polskiej, z powodu braku muzeów, nie jest nawet wyzyskany rysunkowo.
W państwie Rzymskiem tworzyły się „Collegia opificum”, stowarzyszenia rzemieślników. Wówczas ludzie w olbrzymiem państwie Rzymskiem czuli potrzebę łączenia się w pewne związki.
Więc nietylko zajmujący się jednem rzemiosłem, ale mieszkańcy jednej dzielnicy, czciciele jednego bóstwa, weterani i t. d. łączyli się w stowarzyszenia w celach religijnych, wzajemnej pomocy, albo wspólnych przyjemności. Stowarzyszenia te upadły razem z końcem państwa Rzymskiego, te zaś, które powstały w krajach utworzonych na jego ruinach, inny miały charakter. W wiekach średnich, tak rękodzielnicy jak i rolnicy pozostawali zarówno w poddańczej zależności od pana feudalnego, pracując tylko na jego korzyść. W majątkach królów, książąt, biskupów i klasztorów, poddani zajmujący się rzemiosłami znajdowali się w wielkiej liczbie, byli więc w możności specjalizować swoje zajęcia. Utworzyły się więc kadry rzemieślników, nad któremi, dla ułatwienia nadzoru, ustanawiano majstrów.
Powstanie dopiero wielkich miast zmieniło ten stan rzeczy; podnosząc przemysł i handel, dało ono początek cechom rzemieślniczym, we właściwem tego słowa znaczeniu. Tam bowiem przemysłem zaczęli się trudnić ludzie wolni, kiedy w starożytności zajmowali się nim niewolnicy, a w początku wieków średnich, podani zostający w osobistej zależności. Wskutek tego sam przemysł, praca ręczna podniosły się pod względem moralnym. W wiekach średnich wskutek ogólnej anarchji i prawa silniejszego, powstał ogólny prąd korporacyjny; rzemieślnicy jednych profesji łączyli się w cechy, mające za zadanie zabezpieczenie wspólnych interesów. Cech sprawował także i władzę policyjną nad swymi członkami, karał za pogorszenie jakości wyrobów, mogące zaszkodzić dobrej sławie rzemieślników, czuwał nad należytem przygotowaniem technicznem uczniów i czeladników, starał się o zabezpieczenie losu, pozostałych po członkach wdów i sierot, wykonywał nawet kontrolę moralną, karząc niesumienność, pijaństwo, grę w karty i rozpustę, jak to jest w ustawach cechów średniowiecznych. Powstanie i rozwój cechów wpłynął niezmiernie na powiększenie się ludności miejskiej, która przez nie doszła w wiekach średnich do znakomitej potęgi, znaczenia, siły i bogactwa. Organizacja rzemieślnicza dała możność miastom odegrać tak ważną rolę w historji. Największy rozwój cechów przypada na Zachodzie na XIII — XIV — XV w., później zaczęły się one chylić do upadku. Do najwyższego stopnia potęgi doszły cechy w Niemczech, tam też najdłużej się zachowały, niektóre dotrwały, aż do naszych czasów, pomimo, że edykt w 1811 r. stanowił, że przedsiębiorca wykupujący patent nie potrzebuje należeć do cechu, a ma prawo trzymać czeladź.
Przed paru laty, piszący te słowa był obecny na uroczystym obchodzie pięciosetletniego jubileuszu potwierdzenia cechowego statutu szewców w Malborgu, gdzie na zjeździe znajdowało się około dwóch tysięcy delegatów szewców, z rozmaitych miast w monarchji niemieckiej. Po olbrzymim korowodzie przez miasto, w asystencji innych cechów miejscowych z chorągwiami, gdzie każde rzemiosło było odpowiednio przedstawione na specjalnym wozie, odbyło się publiczne czytanie przywilejów, zaczynając od najdawniejszych, nadanych cechowi szewckiemu, a między innymi i potwierdzonego w 1412 roku przez króla Władysława Jagiełłę.

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
We Francji cechy nie cieszyły się długo powodzeniem i poparciem rządu. Król Henryk III Walezy (polski król zbiegły) potwierdził edykt, mocą którego nikt nie miał prawa pracować, nie uzyskawszy na to pozwolenia rządu królewskiego. Prawo to, uznane za szkodliwe, zostało zniesione w 1614 r.— a cechy skasowano ostecznie w 1791 roku (Pierre Larousse).
W Polsce cechy istniały już na początku XIII w., kiedy do kraju weszło najwięcej rzemieślników niemieckich, którzy przynieśli swoje obyczaje i prawa, stąd to przepisy, urządzające zgromadzenia przemyślnych mieszczan, wzorowane były u nas na zwyczajach cudzoziemskich. We wszystkich miastach u nas, które otrzymały prawa niemieckie (magdeburskie i chełmińskie), cechy rozwijały się bardzo szybko, ale istniały i w innych, nie mających tych przywilejów. Jak pisze zasłużony historyk, Karol Mecherzyński, w początkach, zdaje się, cechy żadnem nie były upoważnione prawem i przez dwa blizko wieki zwyczajowo tylko i z potrzeby utrzymywały się, gdyż najdawniejsza wzmianka o cechach (contubernia) i bractwach (fraternitates), czyli zbiorach kupieckich, znajduje się w uchwale, zwanej Concordia germanica, z 1418 r. Oparte na współczesności interesów i samoobronie, nie cieszyły się poparciem panujących, podżeganych przez szlachtę, patrzącą niechętnem okiem na wzrost mieszczaństwa.
A gdy później, ufne we własną potęgę, zaczęły dopuszczać się zdzierstwa, monopolizując zyski i wyzyskując nie tylko możnych, ale i całą rzeszę swoich robotników, sprowadza to na nich pierwszy cios, pod postacią uchwały z 1420 r. Władysław Jagiełło zakazuje cechów i nakłada siedemdziesiąt grzywien kary na miasta, gdzieby się one znajdowały. Jan Olbracht potwierdza to prawo, pomimo to cechy istniały bez przerwy, bo obyczaj tradycyjny silniejszym się okazał, niż powaga prawa w państwie, gdzie monarchowie nie byli samowładni. To też Zygmunt I w 1532 r. pozwolił na istnienie prawne cechów, pod warunkiem, aby wojewodowie ustanawiali ceny sprawiedliwe na wyroby.

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
W XV w., a szczególnie w XVI w. rzemiosła po wszystkich miastach polskich nadzwyczaj się rozwinęły, a krakowskie rościły sobie prawo do zwierzchnictwa nad innemi, tak że na przełożenie bractw i cechów Warszawy, liczącej wówczas 33 cechy, Zygmunt I był zmuszony osobnym przywilejem wyłączyć tych mistrzów, czeladź i uczniów z pod jurydyki cechów krakowskich.
W 1538 i 1543 r. zapadły znowu uchwały znoszące cechy; gdy się o tern dowiedziały zgromadzenia rzemieślników w miastach zagranicznych, nietylko zabroniły czeladzi wędrowania do Polski, ale odwołały tam się już znajdującą, stąd i sami majstrowie cudzoziemscy, tu osiedli, zmuszeni byli wynosić się. Postrzegłszy tę wielką szkodę, wyrządzoną tym sposobem przemysłowi krajowemu, król Zygmunt August, przywilejem z 1550 r. cechom byt dawny i swobody przywrócił.
Następnie Zygmunt III, Jan Kazimierz, Jan Sobieski dawali cechom liczne przywileje i staralisię o wzrost mieszczaństwa. Od 1609 roku poczyna się zwrot ku lepszemu, uchwała z 1611 roku w obronie praw rzemieślników, nakazuje wypędzić z miasta fuszerów, czyli t. zw. sturaży. W czasie reformacji religijnej, cechy dużo ucierpiały i zaczęły się chylić do upadku. W późniejszych czasach, jak pisze Kołaczkowski, nową przeszkodą rozwoju cechów byli żydzi; zajmując się rzemiosłami, robili taniej, ale po partacku — następnie opanowawszy handel, sprowadzali lichy gotowy towar z zagranicy, podkopując tym sposobem, do pewnego stopnia, byt miejscowych wytwórców.

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
W 1817 roku nastąpiła u nas zupełna reforma cechów, które dzisiaj nie wiele mają wspólnego z dawną organizacją. Zachowane w niektórych cechach dawne przywileje, statuty, pieczętne tłoki, buzdygany, bardzo piękne lady srebrne lub cynowe, mają wielką wartość historyczną. Organizacja cechowa polegała na tem, że rzemieślnicy zajmujący się pewnym fachem, stanowili jeden cech, rządzący się własnym potwierdzonym przez władzę zwierzchnią statutem, który z postępem czasu, skutkiem wymagań życiowych zmieniał się w szczegółach. Cech miał do pewnego tylko stopnia władzę prawodawczą, ażeby wydawać postanowienia obowiązujące wszystkich członków i tak naprzykład: wymagania, co do złożenia przez czeladników t. zw. sztuki mistrzowskiej, tudzież zakazy zajmowania się rzemiosłem osobom nienależącym do cechu (a parte — stąd nazwa partactwo) znajdują się dopiero w ustawach z XV w.
Cech składał się z potrójnej klasy ludzi: majstrów lub mistrzów czyli braci, czeladzi subiektów – socjuszów wyzwolonych, czyli towarzyszów i nakoniec uczniów, a zależnie od umowy z opiekunami-terminatorów. Była to organizacja hierarchiczna, gdyż z ucznia, dopiero po zadość uczynieniu wszystkim warunkom, można było zostać czeladnikiem, a na końcu majstrem. Cech stanowił ściśle zjednoczoną korporację, mającą swój zarząd przez członków wybierany, składający się z dwóch cechmistrzów, panów starszego i podstarszego, zwanych przysięgłymi, skarbnika i serwitora. Sądzili oni zatargi między czeladnikami i braćmi mistrzami, skargi klijentów o złą robotę i t. d.

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
U niektórych cechów, towarzysz zostający mistrzem musiał do arsenału cechowego podarować muszkiet. Gdy dawniej większe miasta opasane były murami, mieszczanie i cechy miały obowiązek obrony i konserwacji murów i baszt, gdzie utrzymywały swoje armamentarja własnym kosztem, broniąc je w czasie szturmów. Bo gdy szlachcic stawał do boju w otwartem polu, to mieszczanin i rzemieślnik—na murze u strzelnicy.
Bywały wypadki, że legjony cechowe wychodziły poza mury na nieprzyjaciela, wtenczas znajdowały się pod komendą hetmana polnego. Rzemieślnicy, z tego powodu, odbywali ćwiczenia w strzelaniu z łuku, a później z broni palnej do kurka, stąd powstały znane bractwa kurkowe.
To też posłuch i karność w cechu były iście wojskowe, a najmniejsze przewinienie ostro karane. Cechy posiadały organizację przez króla zatwierdzoną, a prawa swoje drugiej klasy, jak wszystkie miejskie uchwały, zwano wilkierzami.
Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
Kto sprawiedliwości nie znalazł w cechu apelował do rady miejskiej. Nie zawsze jednak tylko w sądzie szukano zadość uczynienia; krewka i języczliwa brać rzemieślnicza, bardzo wysoko ceniła swój honor, a znana ze swej solidarności, umiała nie tylko ująć się, ale i pomścić zniewagę, wyrządzoną jednemu ze swych członków. Miedzy innemi głośną była sprawa Tarnowskiego w Krakowie, który, gdy spoliczkował płatnerza za niewykonanie na oznaczony termin roboty, został zabity przez rzemieślników w kościele O. O. Franciszkanów w czasie tumultu uczynionego przez cechy.

Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
W Polsce jednak nie było nigdy tak głośnych nadużyć cechowych i takich z tego powodu zaburzeń, jak za granicą. Cechy w miastach mazowieckich miały najwięcej znamion narodowych. I tak np., w urządzeniu cechów warszawskich znajdujemy więcej ludzkości, niż w zagranicznych. Szczególniej rzemieślnicy warszawscy nie mieli inklinacji do buntu lub zatargu z władzami.
Jedynie tylko na procesjach, w których cechy zawsze brały udział z chorągwiami swemi, zachodziły czasem gorszące spory, z powodu nieporozumień o pierwszeństwo, aż się musiał w to wdawać marszałek koronny. Najuroczyściej występowały cechy na procesje Bożego Ciała; odprawiały także swoje pochody na powitanie wojsk, lub wjazdy monarsze. Czytamy, że gdy król Ludwik Węgierski wjeżdżał do Krakowa, wyszli naprzeciw niemu na Lasocką Górę, urząd miejski, oddający mu klucze miasta i cechy rzemieślników krakowskich z chorągwiami, na których były przedstawione ich godła. Jak w wojsku chorąży jest najniższym stopniem oficera — tak i w cechach nosili chorągwie najmłodsi wyzwoleńcy na czeladników lub subjektów. Gdy rzemieślnicy szli do boju, chorągwie cechowe zastępowały im proporce wojenne.
Ponieważ w dawnych wiekach sztuka czytania i pisania nie była bardzo rozpowszechniona, rzemieślnicy porozumiewali się za pomocą znaków, i tak, gdy chodziło o zwołanie członków kollegium do gospody cechowej na zebranie, cechmistrz wydawał do obesłania znak, mający znaczenie pradawnej wici; był on rozmaitego kształtu, bądź to skrętu z jałowcowego drzewa, albo zakrzywionego kija, zwanego krywulą w Plosce i na Białej Rusi, a krywutis na Litwie, w późniejszych czasach zamieniony w kształt krzyża.
To tajemnicze hasło, oddawane z rąk do rąk jako kurenda, wracało z powrotem do starszego. W razie nieprzybycia rzysz był karany. Znak widomy władzy cechmajstra, jako przewodniczącego, był buzdygan, berło z metalu, noszony w chwilach ważnych występów, w pochodach, procesjach i prezentacji brygady wyćwiczonych i uzbrojonych rzemieślników, lub ochotniczej straży ogniowej. W czasie obrad leżał na stole przed przewodniczącym, który uderzał nim w stół na otwarcie i zamknięcie sesji na znak dawania i odbierania głosu; w późniejszych czasach zastąpiono go dzwonkiem z herbem czyli gmerkiem, jakiego dajemy przykład.
Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
Okres nauki w rzemiośle kończył się aktem wyzwolenia, odbywanym przy osobistym współudziale ucznia-terminatora i jego majstra, przed starszyzną cechową. Po dokonaniu wszystkich formalności, wpisywano wyzwolonego do osobnej księgi i wydawano patent, t. z. list wyuczeni nia (Lehrbrief). Następnie odbywała się uroczystość przyjmowania przez czeladź nowo wyzwolonego.
Nie mogło się obyć bez ugoszczenia, względnie do możności. W Lublinie, w cechu stolarskim, zachowała się konew, wilkom, na wierzchu z chorążym i kubki, wszystko cynowe, do picia na wyzwoliny, pochodzące z XVIII wieku. Podobne do lubelskiego, wilkomy tylko nieco późniejsze, znajdują się w Warszawie, w cechowej gospodzie krawieckiej, także z figurkami chorążych na pokrywach; na jednym widzimy postać w kontuszu z wylotami i datą na chorągwi 1791 r., a na drugim, t. zw. niemieckim, młodego szweda, szewca, ze szpadą i lentą na piersi, trzymającego chorągiew, na której wygrawerowane są nożyce i rok 1755. Obie figury wykonane są artystycznie. Zwyczaj wędrowania czeladników, zdaje się być tak stary jak same cechy i należał do szeregu warunków, od których zawisło późniejsze wyzwolenie czeladnika na magistra. Czas trwania wędrówki wynosił rok lub dłużej, zależnie od cechu.
Jako dowód, gdzie czeladnik przebywał, jak i czy dobrze się sprawował, dawano mu z cechów zaświadczenia, aby się mógł później wykazać przed swą władzą cechową.
Z pomiędzy rzemieślników najwięcej ceniono w dawnej Polsce: garbarzy, kuśnierzy i szewców; tych ostatnich w bardzo dawnej mowie polskiej nazywano Skuby. Jeden z najstarszych herbów u nas jest Skuba (Virgo Violatio) i pochodzi od dawnego gmerku szewca, jak również i późniejsze Habdank i formacyjny Dębno.
Rycina z zeszytu III, wydanym marzec 1916 r., fot. Autor
Według dyplomatu wydanego w Tyńcu, cech kowali był już tam w 1105 roku. Od tych rzemieślników, mających do czynienia z metalem, powstali hutnicy, ślusarze i t. d. Wśród cechów warszawskich jednym ze starszych jest krawiecki, chociaż data założenia jego 1380 jest jednak wątpliwą, w tej chwili nie piszemy o tern więcej…
Cech ten posiada do dziś piękne zabytki, świadczące o jego dawnej zamożności. Utrzymywane są one wzorowo i mogą służyć jako przykład poszanowania tego rodzaju zabytków, dzięki długoletniemu i inteligentnemu zarządowi pana Juszczyka. (Interesujących się bliższymi szczegółami cechu odsyłamy do „Kurjera Ilustrowanego z dnia 15 stycznia 1914 roku).
Wyroby cechu złotniczego w Polsce dosięgły doskonałości i nietylko nie ustępowały zagranicznym, ale przewyższały je częstokroć, jak to możemy porównać w zbiorach w muzeum Grunegewelbe w Dreźnie i w Gdańsku, gdzie jest mnóstwo polskich zabytków złotniczych. Chociaż w dobie wczesnego renesansu, złotnictwo nasze było w stanie rozkwitu, to jednak w Warszawie miało najświetniejsze czasy dopiero za Zygmunta III, który nietylko zamiłowany w sztuce, jak ojciec, król Jan szwedzki, dawał przywileje, poparcie i zachętę wytwórcom dzieł złotnictwa, ale zajmował się niem osobiście, ku utrapieniu senatorów, patrzących niechętnem okiem na ciągłe przebywanie króla wśród artystów i rzemieślników. Jak pisze pan Bolesław Śląski, w słowie wstępnem do broszury p. t. „Dawne ustawy cechu złotniczego m. Warszawy”, cech ten ma bodaj najstarszą ustawę złotników w Polsce, bo z 1516 r. Posiada przytem dzięwięć przywilejów polskich monarchów, dotąd u siebie dochowanych.
Chociaż w 1505 r. ustanowiono, że szlachta, trudniąca się po miastach rzemiosłami, utrącą klejnot, to jednak w późniejszych czasach spotykamy częstokroć i nazwiska karmazynów wśród braci rzemieślników. Trzeba jednak zaznaczyć, że element ten nie na długo aklimatyzował się w rzemiośle, prawie zawsze drugie pokolenie, przy sprzyjających warunkach, nie uprawiało już zawodu ojca, ze szkodą dla warsztatu pracy, który dostawał się najczęściej w ręce obcych społeczeństwu polskiemu i przeto nie mogła się wytworzyć ciągłość tradycji rodzinnych w rzemiośle naszem, stąd brak nam patrycjatu rzemieślniczego. Bartosz Paprocki, w swoim „Herb, ryc. polskiego”, podaje osobny spis szlachetnych mieszczan i rzemieślników, którzy zostali nobilitowani do XVI w. Później, aż do ostatnich czasów Rzeczpospolitej, na sejmach obdarzano szlachectwem rzemieślników i kupców za rozmaite zasługi, wtenczas gmerki ich, czyli znaki firmowe, wchodziły w skład klejnotu szlacheckiego.
Jak czytamy w dawnych zapiskach, zdarzały się często między rzemieślnikami wybitne zdolności wynalazców, lub jednostki utalentowane w kierunku naukowo-literackim. W Wilnie, w końcu XVI w., żył drukarz Rymsza, wydawca kalendarza ściennego. Władysław Korotyński pisze w „Wiśle”, o Franciszku Śniadeckim starszym majstrze malarskim żyjącym w 1600 r. w Krakowie. Był to poeta piszący, między innemi, przestrogi i rady rymowane dla rzemieślników, które w swoim czasie drukowane na specjalnych arkuszach, przeznaczone były do zawieszania na ścianie w warsztacie. Znajdowały się tam upomnienia nietylko dla ucznia, ale i dla majstra w tym rodzaju:
„Mistrzu, pomni też ucznia dobrego szanować,
Chceszli go też do kresu statecznie dochować.
Boś też jest poddanym radzie i starszym swoim,
Strzeż, abyć Bóg nie oddał tobież i dziatkom twoim.”
Szkolnictwu rzemieślniczemu w dawnej Polsce, poświęcali się także w pewnej mierze i ks. ks. Pijarzy. Głośną była szkoła tych zakonników w Lubieszowie w wojew. mińskiem, założona przy pomocy X. X. Dolskich i Wiśniowieckich, w pierwszej połowie XVIII w. gdzie, oprócz nauk ogólnych, stojących na wysokim poziomie, uczono rolnictwa, ogrodnictwa i rzemiosł. Skończyli tę szkołę Tadeusz Kościuszko, przed wstąpieniem do szkoły rycerskiej w Warszawie, stąd jego umiejętność rysunku, rzeźbiarstwa, stolarstwa i tokarstwa i Jan Łopaciński, syn wojewody brzesko-litewskiego, późniejszy urzędnik koronny, starosta Łozdziejski w suwalskiem, znany sztycharz i drukarz. Rysował on i rytował typy, zwierzęta, widoki, portrety i co najciekawsze obrazki dla ludu.
Stanisław Konarski założył takąż szkołę rzemieślniczą w Opolu, pod Lublinem, przy pomocy hr. Tarły, wojewody lubelskiego. Dawne siedlisko arjan, Bełżyce, będące jakby przedmieściem wielkiego starego Lublina, zachowały do dziś tradycję rzemiosł, stojących tam ongi na wysokim stopniu rozwoju.
Do dziś dotrwali tam epigonowie dawnych kuśnierzy, garncarzy, bednarzy, szewców i krawców. Ci ostatni wyrabiają dotąd piękne ludowe sukmany i kożuchy, rozchodzące się na całe lubelskie i dalej. Była tam szkoła rzemieślnicza, której ruiny sterczą dotąd, stąd promieniował przemysł ludowy na całą okolicę.
W cechu szewców zachowała się lada z kilku dokumentami z XVI wieku, między innemi znajdują się tam dyplomaty, nadane temu cechowi przez Jana Karola z Orzechowca Orzechowskiego, chorążego lubelskiego, dziedzicznego pana na Bełżycach, który będąc dziedzicem arjaninem, uważał się za miejscową najwyższą władzę (!) i sporządzał nadania, jakie mógł tylko wydawać panujący!
W Warszawie wiemy o dawnej szkole rzemieślniczej, założonej przez bractwo ś-go Benona w 1630 r., nauka trwała tam pięć lat; za Stanisława Augusta uczelnia ta upadła, podobno dla braku środków.
Pierwszym założycielem szkół rzemieślniczych w Krakowie był Bartłomiej Nowodworski, herbu Nowina, kaw. maltański, kapitan harcerzów króla Zygmunta III, hetman w czasie wojny z Moskwą, znany ze swych fundacji i zapisów na cele naukowe. Portret jego, kopjowany przez sybiraka Wilczyńskiego, malarza miniaturz., z niewiadomego oryginału, znajduję się w zgromadzeniu krawców warszawskich, ofiarowany tam w 1865 r. przez członka cechu, Zygardłowicza, posiadacza licznego zbioru obrazów, (według relacji starszego w cechu p. K. Miniewskiego).
Z bogatego materjału o starych cechach rzemieślniczych, wyjąłem garść wiadomości i przykładów ilustracyjnych, nadających się do szczupłych ram artykułu. Jest to przedmiot nie opracowany u nas wszechstronnie, a domagający się, jak każdy odłam cywilizacji, specjalnego historyka.”
Tak było i tutaj. Obowiązywała ta sama wiedza, zasady i podejście do własnej pracy. W opisie widnieje rycina – odwzorowana pieczęć cechowa kuśnierzy w Wieluniu z XVIII w. z napisem – Urząd Starszych Zgromadzenia Kunsztu Kuśnierskiego Miasta Obwodowe Wielunia.
Lututów gospodarczo słabo rozwinięty, postrzegany jako obszar typowo rolniczy, wówczas posiadał nieźle rozwinięte rzemiosło i handel. Były dwa parowe młyny i tartak. Na Strudze Węglewskiej słychać było uderzenie łopat kół napędowych trzech młynów wodnych. Z daleka widoczne były młyny wiatrowe, a było ich wiele. Byli piekarze, szewca, kowale, stolarze i murarze. Jeden z murarzy znany był w całej Polsce. Nauki pobierał w Warszawie. Ale to już było opisane.
Ślady dzieła ich rąk dotrwały do dzisiaj. Kuty ściąg opasający podstawę kapliczki Matki Bożej przestawionej w połowie ubiegłego stulecia do rogu placu dworu początku rodu Biernackich, z czasem Taczanowskich na tej Ziemi. Wykonany i osadzony w cokole kapliczki celem umożliwienie jej przeciągnięcie z dworskiego dziedzińca w obecne miejsce. Historia znana i już opisana. Dalej Lamus, budynek kompleksu zabudowy początku dworu Biernackich z pierwszej dekady XIX w. Kościół murowany z 1917 r. Były cegielnie polowe, elektrownia wytwarzająca prąd stały, jedna z pierwszych w Polsce. Wszystko to zabił czas – transformacja przemysłu.
Masowa, ale już maszynowa produkcja z wszystkiego i wszystkiego. Byle więcej, byle szybciej – produkcja bubla – jednorazówek. A klimat zabija, jak słychać – komin chaty wiejskiej i miejskiej. Dzisiaj jeden na każdym budynku mieszkalnym, gdzie jeszcze niedawno było ich i po cztery. Pozostała częściowa stara zabudowa wschodniej, zachodniej, północnej i południowej pierzei rynku, gdzie kwitnął lokalny handel. Zastanawiający w tym wszystkim jest tylko jeden fakt – liczba, niezmienna prawie od półtora wieku — liczba określająca ilość mieszkańców w Lututowie – wskaźnik rozwoju lokalnej gospodarki.
Marek Zgadzaj
















