Noc nad Żółkwią rozcinały błyski. Deszcz walił o kamienie, wiatr wył w szczelinach bramy, a w środku, w jednym z chłodnych pokoi, odchodził człowiek, który miał być królem, ale nigdy nim nie został. Ponoć dokładnie wtedy, gdy jego oddech się urwał, piorun uderzył w tarczę z herbem nad bramą. Przypadek? Omen? Historia kocha takie złośliwe znaki.
Najstarszy syn zwycięzcy spod Wiednia – ochrzczony w Paryżu, z samym Ludwikiem XIV jako ojcem chrzestnym – nosił w domu czułe, a jednak przewrotne przezwisko: Fanfanik. Od dziecka oswajany z koroną, dojrzał do roli, która w ostatniej chwili wymykała się z rąk. Raz przez kaprysy elektorów, raz przez cudze intrygi, innym razem przez własną wierność, która zawiodła go nie na Wawel, lecz do obcej twierdzy.
Gdy pozwolił sercu córki wyprzedzić kalkulacje, rozgniewał możnych jeszcze bardziej. W listach i szeptach dworzan jego imię powracało jak obietnica i groźba zarazem; jedni widzieli w nim ciąg dalszy chwały Jana, inni – rozgrywkę wielkich dworów. W cieniu tych sporów dojrzewały inne dramaty: siostra na wygnaniu, bracia, których łamały choroby, milknące dzwony i zatrzymane zegary, by nie przestraszyć królewskiej matki…
Wystarczy jedno spojrzenie w daty, nazwiska i domowe przezwiska, by zobaczyć, jak często los tej dynastii zapisywał się gromem, a nie piórem… A jednak to tamta noc – błysk w herbie, trzask deszczu i ciche imię Fanfanik – najmocniej domaga się odpowiedzi. Co naprawdę wydarzyło się w tej rodzinie i jak blisko polska korona była, by zmienić właściciela…
Kroniki Dziejów
Cały artykuł dostępny jest tu:

















