Jaśko, to Ty żyjesz?

Jestem Kresowiakiem z krwi i kości. Wychowany w patriotyzmie, kocham Matkę Ojczyznę plemion polskiego narodu – mówi Jan Cichowski z Podzamcza. Urodził się i wychował na kresach wschodnich, a dokładnie we wsi Pawlikówka, powiat Kałusz, województwo stanisławowskie. Mimo swoich 90 lat jest w doskonałej formie i cieszy się dobrym zdrowiem. Wspomnienia lat, kiedy ukraińscy banderowcy bestialsko mordowali ludność polską są w nim nadal żywe. Gdy mordowano jego ojca, był ukryty u sąsiada – Ukraińca, leżał na belce w resztkach słomy. Kiedy wyszedł z ukrycia zaskoczony sąsiad powitał go słowami „Jaśko, to ty żyjesz? Jesteś ranny? Twojego ojca zabili!”…

Jan Cichowski urodził się na kresach, 31 października 1922 roku w Pawlikówce. Rodzice: Władysław i Dorota mieli gospodarstwo 5,5 ha, w tym hektar lasu. Był jedynakiem. Mówi, że powodziło im się dobrze; mieli konia, krowę, 2-3 świnie, kury.

„ Rodziny, które miały po 7-12 dzieci żyli biednie. Niewielu Polaków miało swoje gospodarstwa. Ziemię mieli obszarnicy po 100-200 ha oraz księża, którzy też mieli po 100 ha” – opowiada pan Jan.

Matka Jana zmarła wcześnie, pozostał z ojcem i wspólnie gospodarzyli. Uprawiali ziemniaki, pszenicę, żyto, owies, grykę.Do szkoły miał 2 km, latem chodził boso, zimą jeździł na nartach. Ukończył 7 klas szkoły polskiej. Do kościoła chodzili do Wojniłowa oddalonego o5 km od Pawlikówki. Był to piękny kościół. Tylko dwa takie były w Europie – mówi pan Jan. Do Kałusza, który był miastem powiatowym było 20 km. W Pawlikówce (wieś miała ponad 30 numerów) mieszkali Polacy i Ukraińcy. Żyli zgodnie. W okolicznych miejscowościach mieszkali Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, była też miejscowość, gdzie mieszkali sami Niemcy.

„Tam było pięknie jak w raju, wokół lasy, ziemia czarna, urodzajna. Wiosną, jak zakwitły drzewa, krzewy, było biało, żółto, czerwono. Tak było pięknie, aż pachniało. Mieliśmy sadek czereśniowy, może z ćwierć hektara. Zrywałem czereśnie i sprzedawaliśmy do Wojniłowa, Żydzi kupowali. Inne drzewa owocowe też były. Jak przyszła zima to śniegi były po pas. Brało się łopaty i odwalało drogi. Do szkoły jeżdziłem na nartach. Uczyliśmy się razem z Ukraińcami, była tylko jedna sala lekcyjna. Dwa razy w tygodniu uczyliśmy się języka ukraińskiego, a w pozostałe dni polskiego. Jak przyszedł na religię polski ksiądz to Ukraińcy szli do domu, a jak przyszedł ukraiński ksiądz, to myśmy szli do domu. Nasz dom był drewniany, kryty słomą, stał na górce, obok była obora, dalej kurnik. Mieliśmy konia, krowę, 2-3 świnie i kury. Ziemia, to największy skarb życiowy człowieka, ale niewielu Polaków miało tam ziemię. Nasza ziemia graniczyła z ziemią pewnego hrabiego. Miał może 100-200 ha. Pamiętam, że z jego pól woda spływała na nasze. Ojciec chciał ratować, wziął łopatę i poszedł odkopać rów. Hrabia przyjechał bryczką, jak zobaczył, to na ojca powiedział „ty ch…”, a ojciec jak nie zamierzy się na niego łopatą! Służba hrabiego to widziała, bo pracowała na polu, ale nikt nie ruszył z pomocą, bo on bił służbę. Pamiętam jeszcze jak jeden człowiek szedł, a pan jechał bryczką, wiózł go woźnica. I ten człowiek mu się nie ukłonił, nie zdjął czapki przed panem. To hrabia kazał zatrzymać, i jak nie strzeli w twarz tego człowieka! Za to, że się nie ukłonił. Księża mieli po 100-200 ha ziemi. Jak była kolęda, chodził ksiądz po domach, wyciągał rękę żeby go ludzie  po rękach całowali. Za księdzem jechała furmanka i zbierała, co ludzie dawali. Była bieda, ludzie nie mieli pieniędzy to dawali zboże, ziemniaki, ci biedniejsi nawet po 10-20 kg. Ksiądz karmił tym swoje zwierzęta, które hodował. Jednej kobiecie umarł mąż. Poszła do księdza, żeby pochował, aa on się pyta „A masz pieniądze?” Ona odpowiada, że nie ma. To on się pyta „A krowę masz?”. Ona mówi, że ma. „To sprzedaj krowę i pochowam twojego męża”. I kobieta tak zrobiła, a dzieci było siedmioro, może więcej i ta krowa była jedyną żywicielką rodziny. Ksiądz nie miał sumienia. Takie to były czasy. Ale religia musi być! Inaczej nastałaby dziczyzna. Oj, piękna to była kraina. Wkoło lasy, teren wyżynny, strumykami płynęła górska woda. To był raj na ziemi. A piekło zgotowali nam Ukraińcy  banderowcy „– ze łzami w oczach pan Jan wspomina bolesne chwile, wciąż żywe w jego pamięci.

Przypomnijmy: Treny dawnego województwa stanisławowskiego stanowiły część Rzeczypospolitej Obojga Narodów (do Korony od XVI w.) aż do rozbiorów. Zamieszkałe były głównie przez ludność ruską, której górne warstwy łatwo się polonizowały i przechodziły na katolicyzm, polską – głównie chłopstwo uciekające przed uciskiem pańszczyźnianym oraz żydowską. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości ostatecznie wschodnia granica II Rzeczpospolitej utrwaliła się po wojnie polsko-bolszewickiej i podpisaniu traktatu w Rydze (1920). W traktacie tym Rzeczpospolita, w zamian za uznanie swej wschodniej granicy, uznawała Ukraińską SRR oraz wycofała uznanie dla Ukraińskiej Republiki Ludowej (swego jedynego sojusznika w wojnie). W czasie 20-lecia międzywojennego stosunki pomiędzy ludnością polską zamieszkującą woj. stanisławowskie, a Ukraińcami, którzy stanowili tam większość ludności, układały się różnie. W początku okresu rząd polski prowadził raczej liberalną politykę względem „mniejszości” ukraińskiej. Zmieniło się to w momencie narastania wśród Ukraińców tendencji nacjonalistycznych (powstanie OUN w 1929), zwłaszcza po zabójstwie ministra Bronisława Pierackiego. Po klęsce Kampanii Wrześniowej województwo stanisławowskie zostaje zajęte przez Armię Czerwoną. NKWD prowadziło masowe aresztowania i zsyłki na Syberię. Dotykały one głównie inteligencję, urzędników państwowych II RP, rezerwistów, nauczycieli oraz obszarników i księży. W lecie 1941 roku po ataku Niemiec na ZSRR, bolszewików zmieniają hitlerowcy w roli okupantów. Ukraińscy nacjonaliści, którzy wiązali wielkie nadzieje z Niemcami, doznają jednak zawodu – wielu działaczy ukraińskich zostaje aresztowanych. W lutym 1943 r. UPA rozpoczęła akcję eksterminacji polskiej ludności na terenie okupowanego województwa wołyńskiego. Było to podyktowane obawami dowództwa UPA, że po zakończeniu wojny dojdzie powtórnie do konfliktu polsko-ukraińskiego. Postanowiło więc wcześniej oczyścić sporne tereny z polskiej ludności. .

Mordy na ludności polskiej przez nacjonalistów ukraińskich miały miejsce też w Pawlikówce, gdzie mieszkał dziś już 90-letni Jan Cichowski, obecnie zamieszkały w Podzamczu/Wieruszów. Jest żywym świadkiem tamtych brutalnych mordów.   Banderowcy zabili w Pawlikówce 130 Polaków, wypędzonych i wysiedlonych z tej wsi zostało 280 osób, a 100 gospodarstw doszczętnie spalili.

Tam na Wschodzie zostały mogiły

„To było w kwietniu 44., pamiętam jeszcze śniegi leżały. Ludzie wołali: „uciekajcie, bo od Medyni ((ukr. Мединя))  idą bandyci i zabijają”. Uciekłem do sąsiada Ukraińca, dobrego człowieka. Schowałem się u niego w resztach słomy, położyłem się na belce. Ale on o tym nie wiedział. Przyszli banderowcy i pytali go, ilu jest u niego Polaków. On mówi, że ani jednego, że mogą szukać. Przechodzili koło mnie, widziałem ich buty. Modliłem się „Matko Boska ratuj”. Przeleżałem tak cały dzień i całą noc, do rana. Banderowcy najczęściej napadali w nocy. Wstałem zdrętwiały i idę kulejąc na nogę. A sąsiad, jak mnie zobaczył to zawołał: „Jaśko, to ty żyjesz? Jesteś ranny? A wiesz, że twojego ojca zabili?” Mój ojciec dostał trzy kule, zabili go na oborniku i tak go zostawili. Podobnie innych zamordowanych Polaków. Ci, co przeżyli uciekali w lasy, chowali się, niewielu się uratowało. Pomordowani leżeli tak, jak ich zabili około dwóch tygodni. Nikt ich nie pochował, komu udało się ujść z życiem uciekł do lasu. Zaczęła się szerzyć choroba, i dopiero po 2 tygodniach Ukraińcy pozbierali na furmankę tych zabitych i pochowali w jednej mogile. Kiedy wyszedłem z ukrycia poszedłem do sąsiedniej wsi, do Baranówki. U nas w Pawlikówce było mniej Polaków, a w Baranówce, było więcej Polaków. Tam mieszkała moja dziewczyna Hania. W domu została tylko jej matka, którą od śmierci uratowała sąsiadka Ukrainka krzycząc do banderowców, aby jej nie zabijali, bo ona kiedyś uratowała jej życie. Ale jej córki: Hanię i jej dwie siostry, które już miały swoje dzieciaczki… wszystkich pomordowali. Opowiadała mi jedna kobieta, którą spotkałem, że złapali Polaka, rozcięli mu brzuch i jelita porozwieszali na płocie. Chwilę ten człowiek stał, a potem padł nieżywy. Te mordy były okrutne, grabili, palili żywcem, nawet dzieci. Byliśmy ukryci w lesie, patrzyliśmy nocą, jak palą się nasze domy, wszystko płonęło. Słychać było krzyki, wrzaski, płacz dzieci. Straszne rzeczy tam się działy. Mordowali Polaków, nikogo nie oszczędzali, czy to był mężczyzna, kobieta czy dzieci, stary czy młody. Jak Ukrainka miała za męża Polaka, to jego zabili, jej darowali życie. Banderowiec jechał na koniu, a przed nim uciekała kobieta z malutkim dzieckiem na rękach. Zamęczył ją. To było straszne barbarzyństwo. Pamiętam, zamordowali z Pawlikówki m.in. Siedlika Michała, Tłuczka, Józefa Gurdaka i jego żonę, Wojtonia, on miał sklep i wielu, wielu innych. W szkole uczyła nas nauczycielka, jej mąż był policjantem. Najpierw jego zabrali, a potem ją z dziećmi, miała dwie małe dziewczynki może po 9-10 lat. Myśmy przeżyli tam piekło. Ja się dziwię, że przeżyłem takie straszne rzeczy i jestem przy pamięci, przy zdrowiu” – mówi pan Jan.

Z Pawlikówki pan Jan uciekł do Kałusza. Tam został schwytany przez Niemców. Wraz z innymi wsadzili go do towarowego pociągu. Został wywieziony do obozu pracy w Austrii. Pracował przy kopaniu tuneli przeciwlotniczych. Przebywał tam 11 miesięcy, aż do momentu, kiedy wyzwolili ich Amerykanie. W Austrii poznał swoją przyszłą żonę, która pochodziła spod Krakowa.Zanim wrócili,wiedział, że jego rodzinne strony już nie należą do Polski. Wraz z małżonką rozpoczęli poszukiwanie swojego miejsca do życia. Na krótko zatrzymali się pod Krakowem, w Biskupicach, potem w Byczynie, by dalej udać się w bydgoskie, gdzie na 12-hektarowym gospodarstwie otrzymanym w zamian za utraconą ziemię na kresach wschodnich gospodarzył przez kilka lat. Tam odnalazł go kuzyn i ściągnął do Wieruszowa. Przez wiele lat był taksówkarzem w Byczynie. Obecnie mieszka na Podzamczu, owdowiał wiele lat temu. Dochował się czwórki dzieci, gromadki wnuków i prawnuków. Z sentymentem wspomina beztroskie lata dzieciństwa i młodości, rodzinne strony, Pawlikówkę, Wojniłów, Kałusz i inne znajome mu okolice. Ale nostalgię za utraconą ojcowizną przytłaczają wspomnienia tragicznych wydarzeń tamtych dni. Do Pawlikówki, w rodzinne strony udał się po 30 latach. Dziś te tereny należą do Ukrainy, a dawne województwo stanisławowskie to obecnie obwód iwanofrankowski. Stanął pan Jan ponownie po 30 latach na tej samej górce, gdzie kiedyś stał rodzinny dom. Rozejrzał się po swojej ojcowiźnie. Spojrzał na lasy, jak dawniej otaczające Pawlikówkę, za którymi widać już góry. Wziął garść urodzajnego czarnoziemu i ucałował tę Matkę Ziemię, która karmiła go wiele lat, po czym uklęknął i gorzko zapłakał.Wspomniał tę chwilę, jak w bydlęcym wagonie opuszczał tę piękną krainę, która kiedyś była rajem, a później stała się piekłem.

„Kwitły grusze i jabłonie i zakwitły bzy, my jedziemy na wagonie z oczu kapią łzy.
Żegnaj wiosko ukochana, białe ściany chat, gdzie pozostał sam za pana banderowiec kat.
O kapliczko nasza miła, żal nam ciebie żal, tam się młodzież tak modliła teraz jedzie w nieznaną dal.
Żegnajcie szerokie pola wśród zieleni zbóż, nasza praca, nasza dola do widzenia już.
Spoczywajcie z Bogiem bracia w tym Seretu dnie, pomiażdżeni, pokrwawieni w krwawej rzezi dnie.
Żegnaj Czortków i Tarnopol, Zborów, Złoczów, Lwów, my repatrianci, my wygnańcy, my powrócim znów.
My repatrianci, my wygnańcy, niedobitki my, przyjm nas Polsko – swoje dzieci, nasza Matko Ty”.

Anna Świegot

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wieruszów. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Jaśko, to Ty żyjesz?

  1. Piotr pisze:

    Lubię ten wschodni, śpiewny akcent. Pozdrawiam pana Jana, zdrowia życzę i dziękuję za tę żywą lekcję historii.

  2. K. pisze:

    kolejny „cichy” wieruszowski bohater,brawo itp!!!!!!!!

  3. p...... pisze:

    Bardzo ciekawy wzruszający życiorys. 200 lat panu życzę /sto to już mało/!!!!

  4. wieruszowianka 2 pisze:

    Przeczytałam artykuł w gazecie, zainteresował mnie, postanowiłam zasięgnąć informacji w Internecie. To, co tam przeczytałam na temat ludobójstwa na ludności polskiej na kresach przez nacjonalistów ukraińskich wstrząsnęło mną głęboko. Dopiero wtedy zrozumiałam o czym opowiada pan Jan. To okropne, co tam się działo. To straszne, jaki los spotkał tam naszych rodaków. Ci, co przeżyli to bardzo ważni świadkowie tamtych dni. Chylę czoła przed redakcją ITP, za ten artykuł i udostępnienie filmu. Tak, w tym nie ma żadnej przesady -to jest żywa lekcja historii.
    Panie Janie bardzo panu współczuję i podziwiam. Podziwiam też redakcję, odnalazła tego cichego bohatera i to w Wieruszowie. Jesteście naprawdę wielcy!

  5. moniqe pisze:

    interesujące!

  6. Danuta corka Jana Cichowskiego pisze:

    Czytajac napisany artykul nie moglam sie powstrzymac od lez. Nasz ojciec dlugi okres czasu byl strachem podszyty i nerwowy z powodu przezyc w dziecinstwie, mial siekiere pod lozkiem dlugi okres czasu. Gdy ktos w nocy do nas pukal czesto pytal kto tam z siekiera w reku. Co i na nas dzieci mialo rowniez wplyw.
    Gdy teraz patrze na ojca jest harmonijny i spokojny.
    Corka Danusia

  7. Edward pisze:

    Pan Jan przeżył piekło, to niesamowite, że wśród nasz żyje człowiek który może opowiedzieć o mordach na ludnośći polskiej na kresach. Panie Janie dużo zdrowia Panu życzymy.

  8. p...... pisze:

    „O kapliczko nasza miła, żal nam ciebie żal, tam się młodzież tak modliła teraz jedzie w nieznaną dal.”- poczytajcie i przemyślcie młodzi, czemu służyły kapliczki dla młodzieży ? Teraz też mamy młodzież – nowoczesną . A co tam……………..