Lututów – 1939 rok, wybuch II wojny światowej, pierwsze dni okupacji

1 wrzesień 1939 rok. Ojciec, jak wspomina rozmówczyni, był w pracy w pobliskiej gorzelni dziedzica Kurnatowskiego. Tam dowiaduje się, że wybuchła II wojna światowa. Pracownicy porzucają wykonywane czynności, wybiegają na plac otoczenie budynku gorzelni. Usłyszawszy odgłos silnika dochodzący z góry, zauważają wysoko lecący niemiecki samolot.

Zaczynają krzyczeć – Niemiec jedzie, podążając do własnych domów.

Moim drugim rozmówcą jest Pani Anną Świegot – Naczelna Redaktor Ilustrowanego Tygodnika Powiatowego.
Wspomnieniem rodzinnych opowiadań, opisu tamtych lat, Pani Anna wypowiada słowa nawiązując do wczesnych godzin dnia 1 września 1939 roku.
Chwilę temu odbyła się poranna Msza Święta. Celebrans, ks. Szczepana Walkowski.

W Mszy Świętej uczestniczy Babcia – Stanisława Mielczarek. Dzień 1 września 1939 roku był to pierwszy piątek miesiąca. Moja Babcia była na porannej Mszy św., którą odprawiał wikariusz ks. Szczepan Walkowski. W trakcie mszy do kościoła wpadli ludzie z krzykiem „Wojna, uciekajcie,,. Na to ksiądz Szczepan powiedział: ,, Nie uciekajcie, nie uciekajcie,,. Kilkoro ludzi wyszło z kościoła. Moja Babcia nie wyszła, wraz  z innymi pozostała w kościele do zakończenia mszy. Gdy wróciła do domu upiekła chleb na drogę i wraz z dziećmi zaczęła przygotowywać się do ucieczki przed niemieckim okupantem.

Babcia była wdową. Dziadek Jan zmarł 29 września 1937 roku w wieku 55 lat, osierocił sześcioro dzieci.
Informacja, że niemieckie wojsko przekroczyło granicę na Goli potęgowała strach i panikę. Ludzie przekazywali sobie wiadomości o okrucieństwie żołnierzy niemieckich. Przygotowywano konie i wozy, z domu zabierano najpotrzebniejsze rzeczy, jedzenie, ubranie, pierzyny. Nikt nie wiedział, gdzie się zatrzymają i na jak długo. Większość mieszkańców Lututowa kierowała się na Sieradz licząc, że za rzeką Wartą jest polskie wojsko i ich obroni. Gnani psychozą strachu i przerażenia dotarli w okolice Łęczycy i miejscowości Piątek. Pani Słubicka – guwernantka dzieci, dziedzica Kurnatowskiego, żona zarządcy majątku, wywierała na mężu aby jechał w kierunku Warszawy. Ktoś powiedział ,,Ludzie, gdzie wy chcecie jechać, przecież bombardują Warszawę,,. Armia niemiecka atakowała z lądu i z powietrza cały obszar Polski.  Zadecydowano o powrocie do Lututowa. W drodze powrotnej mijali żołnierzy niemieckich. Spychali niemieckimi samochodami polskich  uciekinierów z drogi. Widzieli leżących na polach ludzi zabitych w wyniku bombardowania i ostrzału samolotowego. Podczas nalotów moja rodzina szukała schronienia gdziekolwiek, na szczęście nikomu nic się nie stało. Po kilku dniach wrócili do Lututowa. Nie wiedzieli co tutaj zastaną, jaki los ich spotka. Moja rodzina wróciła do swojego mieszkania. Strach przed Niemcami towarzyszył im każdego dnia. Wiara w Boga i codzienna modlitwa dawała im siłę i nadzieję, pomagała przetrwać te straszne lata.
Wszyscy musieli pracować, inaczej groziło więzienie lub wysłanie do obozu koncentracyjnego. Babcia znała język niemiecki, przed wojną wyjeżdżali z dziadkiem do Niemiec za pracą, aby zarobić. W rynku był posterunek żandarmerii. Żywność była na kartki. Lepsze towary, masło, wędliny były dla Volksdeutschów, dla Polaków była margaryna i tzw. brotaufstrich czyli marmolada z gorszych owoców z dodatkiem pulpy z czerwonych buraków.

Zdarzyło się pewnego razu, że moja Mama Kazimiera stała w kolejce właśnie za marmoladą. Sklepowa nałożyła jej marmolady, która była dla Niemców i Volksdeutschów. Za nią stała niedaleka sąsiadka. Jej zabrakło tej dobrej marmolady. Poszła na posterunek i złożyła skargę na sklepową i doniosła na Mamę. Wezwano moją Mamę na posterunek żandarmerii. Mama bardzo płakała, bała się, bo za podobne rzeczy wywożono do obozów. Pożegnała się z rodziną i zapłakana poszła na posterunek. Było tam kilku żandarmów, m. in. Eduard Linnk, bardzo niedobry człowiek, nie pamiętam czy był Niemcem czy Volksdeutschem. Musiał mieć ludzki dzień, bo wysłuchał tłumaczeń Mamy, że ona nawet nie wiedziała którą marmoladę dostała. Po prostu sklepowa jej nałożyła, a że była to resztka to tej sąsiadce zabrakło. Pozwolono Mamie wrócić do domu. Radość w rodzinie była ogromna, że wszystko szczęśliwie się skończyło.
Brakowało żywności, brakowało wszystkiego, strach i niepewność kolejnego dnia towarzyszyła na co dzień. Niemcy zarządzali majątkiem dziedzica Kurnatowskiego, dużo ludzi tam pracowało. W pałacu, w kuchni rządziła kucharka Niemka. Siostra Mamy tam pracowała. Kiedy piekły chleb Niemka zawsze kazała cioci upiec bochenek i zabrać do domu. To była dobra samotna kobieta.

Po tych słowach wracam do wspomnień mojej pierwszej rozmówczyni.
Nad ranem tego dnia było słychać odgłosy bombardowania miasta Wieluń. Mieszkańcy po powrocie do domu przystępują w pośpiechu i strachu, niepewni chwili następnej godziny do szybkiego pakowania. To czego nie udało się spakować, zabezpieczano w domu. Niektóre rzeczy jak, pościel, Ojciec spakował do skrzyni i zakopał na terenie zagrody. Ludność Lututowa w pośpiechu zaczęła uciekać na wschód w kierunku Warty, miejsca w ich wyobraźni powstrzymania najazdu wojsk Niemiec hitlerowskich. Lecz nic bardziej mylnego, ucieczka w kierunku Warszawy, to samobójczy akt desperacji wywołany strachem niewinnej ludności, pamiętającej dobrze początek II RP – rok 1918, moment odzyskania wolnej niepodległej Ojczyzny, chwile niesamowitej radości. W dalszej rozmowie słyszę słowa, do ucieczki rzucili się wszyscy mieszkańcy w zależności, czym kto dysponował. Jedni pieszo, drudzy na rowerze, inni wozami konnymi, a także samochodem. Jednym z wyjeżdżających z Lututowa na rowerze był ksiądz.

Widziany wówczas ksiądz przez moją rozmówczynię na rowerze, to ks. Szczepan Walkowski, co znajduje potwierdzenie w liście ks. Szczepana Walkowskiego napisanego do brata Zenona.

Ks. Szczepan Walkowski święcenia kapłańskie otrzymał 25 czerwca 1939 roku. Po święceniach zostaje wikariuszem w parafii Lututów.
Z listu ks. Szczepana Walkowskiego napisanego do brata Zenona szczegółowo poznajemy pierwszy dzień wojny w jego życiu.
Treść listu – „Pierwszego września z rana udałem się rowerem do Wieruszowa aby zobaczyć się z rodziną. Zbliżając się do toru kolejowego znalazłem się w otoczeniu kilku sztubaków z gimnazjum kępińskiego i swoich kolegów gimnazjalnych wówczas już studentów Uniwersytetu Poznańskiego. W cywilnych ubraniach trzymając w rękach stare karabiny z kępińskiego arsenału nalegając bym nie ośmielił się nawet zbliżyć do miasta, albowiem według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdują się już tam wojska niemieckie. Mieli jednak jedną prośbę, bym ich wyspowiadał. Wierz mi, jak żal mi było swych kolegów, którzy sądzili, że powstrzymają kolumnę pancerną nieprzyjaciela z ich uzbrojeniem na tej właśnie szosie, której strzegli.
W domu rodzinnym nie zastałem nikogo. Dom był zamknięty. Nie chciałem wtargnąć, jak intruz aby przynajmniej zabrać jakąś pamiątkę, jakąś fotografię. Nie zawiodły mnie złowrogie przeczucia. W godzinach wieczornych wróciłem do Lututowa. Nagle wpadł do mnie tato i nie mogłem zamienić z nim nawet kilku zdań, bo wezwano mnie do rannego żołnierza. Gdy wróciłem na plebanie, taty już nie zastałem. Tak rozstaliśmy się na zawsze.
Proboszcz mój, uchodząc z parafii zostawił mi polecenia dotyczące zabezpieczenia Najświętszego Sakramentu i mojej osoby abym uchodził przed zbliżającymi się wojskami niemieckimi. Ruszyłem w stronę Sieradza i Warszawy, a potem znaną drogą wrześniową przez Rumunię i Jugosławię do słonecznej Italii’’.

W kronice parafialnej opisu 1939 roku, napisaną ręką ks. Nejmana czytamy, ,,proboszcz Ks. Glas duszpasterzuje tu aż do 1939 wł.- po czym wyjeżdża do t. zw. Gubernatorstwa, przez jakiś czas jest w Częstochowie”.

Kontynuując wspomnienia mojej pierwszej rozmówczyni słyszę. Ojciec łapiąc za lejce, element uprzęży konia wypowiada słowa – no jedziemy, wyruszając z rodziną w kierunku Owieczek. Przemieszczając się bocznymi drogami, w oddali widząc maszerujące wojsko polskie zmierzające za rzekę Wartę. Wieczorem, zmęczony po dziennej ucieczce Ojciec przygotowuje rodzinę do odpoczynku. Dla dwóch osób szykuje miejsce do spania pod drzewem. Na ułożoną słomę, plon pobliskiego pola, pod drzewem układa pościel, tworząc miejsce do spania. Reszta rodziny została umieszczona w pobliskiej stodole. Jest ciepły, pogodny, ale niespokojny wrześniowy wieczór. W pewnym momencie usłyszawszy odgłos wybuchu spadających bomb – prawdopodobnie w trakcie bombardowania Złoczewa wszyscy znaleźli się w stodole z uczuciem niesamowitego strachu. Rankiem, na drugi dzień przez miejscowość Owieczki przejeżdża zwiad niemiecki na motorze. To pierwszy wzrokowy kontakt z niemieckim wojskiem, i chwila w której nikt z nas nie miał wątpliwości, że wybuchła wojna. W oddali słychać było strzały, i odgłosy bombardowania. Ojciec zaniepokojony dalszym losem rodziny postanawia wrócić z moim bratem Jankiem do rodzinnego Lututowa sprawdzić możliwość powrotu rodziny. W kierunku Sieradza szło dużo wojska niemieckiego. W strachu i niepewności jutra, w drodze do Lututowa, Ojciec udawał garbatego, a Janek kulawego. I tak dotarli do domu rodzinnego na Piaskach Niemojewskich. W osadzie było mało ludzi. Zabezpieczony dobrze dom nie został splądrowany. Widoczny był powrót tych którzy wyjechali. Zmęczeni drogą powrotną, wieczorem Ojciec i brat Janek kładą się spać. Rankiem zaniepokojony Ojciec losem pozostawionej rodziny wyrusza w kierunku Owieczek. Tam spotyka członków swojej rodziny. Wyruszają w drogę powrotną. Bocznymi drogami, przez lasy wracają do domu. W Lututowie zastali znaczną ilość wojska niemieckiego. Wojska Wehrmachtu – oddziały wchodzące w skład sił zbrojnych III Rzeszy z wyłączeniem Waffen-SS. Wehrmacht utworzono 16 marca 1935 roku. Wojsko przemieszczało się przez Lututów. W trakcie przemarszu starszy żołnierz niemiecki, wiek około 50 lat podszedł do Ojca mówiącego po niemiecku i wypowiedział słowa – w domu została żona i dwoje dzieci, a on nie jest pewien czy powróci z wojny do domu, dając nam dzieciom po cukierku-dropsie.
Na początku w okolicy nikt nie pracował, zaczynało brakować jedzenia. Na ulicy Złoczewskiej, u Grafińskich była kuchnia niemiecka. Tam chodziliśmy po jedzenie, zupę, chleb, kawę. Był niesamowity głód i przerażająco długa kolejka utworzona przez ludzi cierpiących z powodu głodu.
Dwór Kurnatowskich również został opuszczony. W pierwszych dniach wojny majątkiem zarządzał Słubicki. Następnie majątkiem zarządza polski Niemiec Schaschland, który został wysłany na front z niemieckim wojskiem. Z Niemiec przyjeżdża Niemka – starsza panna, która następnie zarządza całym majątkiem. Na początku wojny normalne codzienne życie zamarło. Nie było szkoły. W niedługim czasie szkoła zaczęła funkcjonować przez trzy miesiące. Dzieci uczyły się w języku polskim i niemieckim. Później już tylko nauczanie potajemne.

Jak wspomina rozmówczyni – nauczyciele prowadzili lekcje poza terenem szkoły. Znajoma Gonera pobierała nauki potajemnie. W tych okrutnych czasach wymagało to odwagi nauczyciela i ucznia. To nie była zabawa. Zdemaskowanie mogło skutkować śmiercią, lub wysiedleniem. Wkrótce w Lututowie zaczęły się łapanki.

Żandarmi z domów zabierali młode osoby, celem wywozu ich na roboty do Niemiec w tym dzieci. Dalej słyszę słowa: kazali pakować się całą rodziną celem wyjazdu na roboty do Niemiec. Dowieźli nas do Grójca na skrzyżowanie dróg. Na środku skrzyżowania urzędowała niemiecka komisja. Na jedną z dróg w ramach nieludzkiej selekcji kierowali tych, którzy mieli wsiadać do ciężarówek i być wywiezieni do Niemiec na roboty. Na drugą kierowali zwolnionych, tych którzy mogli powrócić do domu. Trzecia droga to dojazd do skrzyżowania. Droga dowozu ludzi z łapanek. Przed wysiedleniem.

Ojciec rozmówczyni powiadamia zarządcę majątku, że nie przyjdzie do pracy. Zarządzająca Niemka majątkiem przyjeżdża do Grójca, mówiąc członkom komisji, że jest to dobry pracownik i chciałaby go zatrzymać. W ten sposób została uratowana część rodziny. Janek brat rozmówczyni zostaje wywieziony do Niemiec. Pracował z rodziną Szustrów. Szczęśliwie doczekał końca wojny. Z Niemiec wyjeżdża do Australii, miejsca docelowego zamieszkania. Po pewnym czasie nocą ponownie chciano wywieźć rodzinę do Niemiec. Niemka ratuje ich przed wywozem po raz drugi. Jednak tej nocy wywieziono kilka rodzin z Piasków Niemojewskich i Niemojewa na roboty do Niemiec.
Mijały kolejne dni września. Lututów ogarnął jeden strach i niepewność dnia jutrzejszego. Nastał nowy porządek w gminie i osadzie Lututów. Niemcy wprowadziły własne rządy. Prywatne, codzienne życie mieszkańców narodowości polskiej i żydowskiej nagle całkowicie zmieniło sens. Nie byli już decydentami własnego życia. Sklepy własność Żydów w przeważającej ilości oraz nieliczne Polaków zostały zlikwidowane lub przejęte przez Niemców i Polaków pochodzenia niemieckiego – Volksdeutschy. W Rynku, we wschodniej pierzei od strony ulicy Babiniec kolejno w kierunku kościoła, pierwszy był sklep kolonialny-spożywczy. W podwórzu Niemiec Cyrt robił trepy. Za drugą bramą była piwiarnia dla Polaków. Można było w niej wypić piwo ciemne, jasne i lemoniadę. Właścicielem był Niemiec. W trzeciej bramie piekarnia i sklep Niemca. W podwórzu magiel. Za czwartą, kolejną bramą w podwórzu była żandarmeria, a od ulicy był sklep, pasmanteria Niemca-Gaca. Na rogu pierzei południowej na działce, gdzie stał pomnik Piłsudskiego w podwórzu była piekarnia, a od strony rynku-sklep. Następnie była stolarnia. Za stolarnią był rzeźnik, od ulicy był sklep. A na rogu, Rynek i ulicy Przejazd był sklep mięsny Karbowskiego. W pierzei zachodniej przy lamusie była apteka, którą prowadziła Anna Wyganowska. W starym spichlerzu-lamusie w dniu wejścia Niemiec piwnica była wypełniona butelkami z winem. Niektóre były potłuczone. Dalej w kierunku na wschód od lamusa była poczta i niski budynek mieszkalny, ze sklepem w którym sprzedawano mleko. W czasie okupacji prawie wszystko było na kartki. Żywność, mleko zwykłe w ilości ¼ litra dla dzieci. Dla pozostałych mleko odtłuszczane w dowolnej ilości. Na inną kartkę chleb, mąka, cukier, margaryna i trochę masła dla dzieci. Kolejna kartka umożliwia zakup mięsa, odzieży i butów. Polacy i później Czarnomorcy pracowali w majątku i gorzelni.
Czarnomorcy przyjęli obywatelstwo niemieckie wpisując się na niemiecką folkslistę – lista narodowościowa wprowadzona 2 września 1940 na podstawie reskryptu Heinricha Himmlera, po czym przestają pracować. Mieszkają na ulicy Wieruszowskiej w trzech domach -lepiankach za budynkiem rabina.
Żydzi z Lututowa i okolicznych miejscowości zostali umieszczeni w getcie na ul. Wieruszowskiej, po prawej stronie od wjazdu do Lututowa. Tylko nieliczni z nich pracowali przy urządzeniach melioracyjnych i usuwaniu trawy ze spoin bruku -utwardzenia komunikacji w Rynku.

Pewnego dnia Niemcy spędzili wszystkich Żydów do kościoła. W kościele byli zamknięci aż przyjechały ciężarówki. W trakcie załadunku na ciężarówki byli bici kolbami karabinów i popychani celem załadowania, jak największej ilości do jednego samochodu. W trakcie załadunku Żydów zorganizowano łapankę wśród Polaków, ustawiając ich przy ogrodzeniu kościoła. W łapance został pojmany również mój Ojciec, jak wspomina rozmówczyni. Wtedy Ojciec mówiący po niemiecku spytał się żandarma co z nimi zrobią. Na to żandarm odpowiada, nie bójcie się, jak wywieziemy Żydów zostaniecie uwolnieni. I tak się stało. Po wywiezieniu Żydów cały kościół, jak wspomina rozmówczyni był zanieczyszczony ludzkimi odchodami. Nikomu nie pozwolono wyjść z potrzebą. To upodlenie ludzkiej godności.
W getcie oprócz Żydów pracowali też Polacy. Na terenie działki, po przeciwnej stronie obecnie szkoły podstawowej w podwórzu były drewniane szopy, miejsce pracy szewców. Były tam naprawiane i produkowane buty dla wojska niemieckiego.
W budynku piętrowym zlokalizowanym od ulicy na tej działce szyto i naprawiano mundury wojsk niemieckich. Guziki do mundurów przyszywały starsze dziewczynki. Inne dzieci zbierały „gumę” – kwiat mniszka lekarskiego. Był upalny dzień i nikt nie przejmował się tym czy dzieciakom chce się pić. Zmęczone i spragnione musiały pracować do upadłego. Życie Lututowskie, jak wspominałam toczyło się pod dyktando żandarmerii. Nikt nie mógł spełnić własnego pragnienia, własnej woli i myśli wolnego człowieka.

Dalej słyszę słowa: jak tylko wspomnę Eduarda Linka czuję ciarki na plecach. W naszym dziecinnym żargonie był to „diabeł”. Link każdego dnia jeździł konno po Lututówie i Niemojewie. Sprawdzał kolejki przed sklepami, zwracając uwagę na ich równe ustawienie. Jak coś nie pasowało bił, jak określa rozmówczyni gumowym bykowcem gdzie popadło. W chwili stania w kolejce do taniej jatki widziałam, jak szedł ulicą młody chłopiec, około 12 lat- Marian Dutka. Marian nie zdjął czapki i nie ukłonił się jadącemu Linkowi. Wtedy zawrócony Marian musiał wykonać opisany gest. Po czym został puszczony.
Za opłotkami i stodołami dzieci bawiące się w rytmie młodzieńczego życia, wystawiają straże wypatrujące Linka. W tamtych czasach, zabawa to czyn karalny. Poczucie radości codziennego życia wówczas traciło na wartości. Ludność Lututowa, jak i całego kraju, czując ciągły strach codziennego życia, nie umie cieszyć się prostymi chwilami własnego życia. Śluby, chrzty, imieniny, rocznice odeszły na dalszy plan. Kościół został zamknięty na początku wojny. Jedynie chrzest dzieci odbywał się w ukryciu w domu na ulicy obecnie Ks. Ucieklaka. Chrztu udzielał przyjeżdżający ksiądz z Rudy.

Z trudem po tylu latach, przekazem pamięci moich rozmówców powstaje opis pierwszych dni II wojny światowej w Lututowie. W powiązaniu faktów historii opowieści moich rozmówców, z istniejącymi dokumentami – listem ks. Szczepana Walkowskiego do brata Zygmunta oraz zapisu w kronice parafialnej udało się odtworzyć dość szczegółowo dzień 1 września 1939 roku w Lututowie.
Fakt widoku księdza, rano na rowerze w dniu 1 września 1939 roku, w powiązaniu z listem ks. Szczepana Walkowskiego pozwala szczegółowo odtworzyć pierwszy dzień wybuchu wojny również w jego życiu.
W dniu 29 czerwca 2019 roku w 50. rocznicę śmierci ostatniego wikariusza parafii lututowskiej przed wybuchem II wojny światowej ks. mjr Szczepana Walkowskiego otwarto Izbę Pamięci Ziemi Lututowskiej.
Ks. kapelan Szczepan Walkowski urodzony 20 listopada 1912 w Wieruszowie, zmarł 8 czerwca 1969 roku w Ezpeleta w Argentynie. Pilot Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii, uczestnik II wojny światowej, kawaler Orderu Odrodzenia Polski.

Artykuł ten poświęcony jest pamięci wszystkich ludzi, mieszkańców Lututowa i okolic pomordowanych, prześladowanych i wysiedlonych bezpowrotnie w pierwszych i kolejnych dniach wybuchu II wojny światowej. Pamięci ich bezsensownej śmierci, męki i prześladowania. Nieludzkiej próby zniszczenia wolnej i niepodległej Ojczyzny odzyskanej na początku ubiegłego stulecia po 123 latach niewoli oraz ponownej próby zniszczenia ducha Narodu Polskiego.

Marek Zgadzaj

Dokumenty źródłowe:
1. Wspomnienia Pani Leokadii Grąbkowskiej
2. Wspomnienia Pani Anny Świegot-Naczelnej Redaktor ITP
3. List ks. Szczepana Walkowskiego- portal ITP
4. Zdjęcia mieszkańców Lututów
5. Kronika parafii Lututów
6. Izba Pamięci Ziemi Lututowskiej

Ten wpis został opublikowany w kategorii Lututów. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.